fbpx
 
 
header13
head13
Newsletter Polskiego Towarzystwa Badaczy Rynku i Opinii Nr 14 (październik 2020)
header13
zapytajnik14
Newsletter PTBRiO Nr 14 (październik 2020)
 
 
 


zapiszsie

Co chce odwołać Cancel Culture?

Stres to dość niezręczne uczucie. Nie chodzi tu o dyskomfort psychiczny czy czasami nawet fizyczne dolegliwości, jakie może on za sobą nieść. Najbardziej niezręczną częścią bycia zestresowanym jest ta wyczuwalna otoczka społecznego traktowania tego stanu, jako czegoś w rodzaju zacięcia przy goleniu. Nie mamy w zwyczaju rozmawiać o stresie z tego samego powodu, dla którego nie rozmawiamy np. o zapaleniu pęcherza - z jednej strony wiemy, że to dość powszechna, dolegliwość, ale z drugiej też bardzo intymna. Jednak mamy 2020 rok i zarządzanie sobą w stresie staje się nieprzyjemną koniecznością, z którą wszyscy musimy się zmagać.

Nie ma się zresztą co dziwić takiej sytuacji – wszyscy mamy ostatnio bardzo dużo na głowie. Jest ta cała pandemia, która osiadła nam już ładnie na sercu, zamieszkała z nami w domach i nawet pozwala już nam do siebie mówić na „ty”. Są spory polityczne i ekonomiczne, które można nazwać „sporami” tylko dlatego, że słowo „kryzys” zostało ostatnimi czasy bardziej wyeksploatowane niż Ewelina Lisowska w reklamach Media Expert. No i jest też coraz ładniej opisywana przez media perspektywa kompletnego załamania klimatu, która zaczyna powoli przypominać zwiastuny kolejnych części „Avengersów” z tą różnicą, że Robert Downey Junior nam w tym wypadku dużo nie pomoże.

Ze stresem, jaki wywołuje powyższy akapit można radzić sobie na milion sposobów. Ostatnimi czasy, coraz popularniejsze stają się aplikacje do medytacji i ćwiczenia yogi. Ogromną popularnością cieszy się też specjalny gatunek muzyczny – LoFi Hip Hop, który ma niwelować stres i uspokajać słuchacza (osobiście nie jestem już w stanie pracować bez pewnej animowanej dziewczynki uczącej się w tle). Jednak jest też inny, coraz powszechniejszy, sposób na odreagowanie stresu – Canceling czyli anulowanie. I nie chodzi tu o jakąś duchową metodykę anulowania stresu, a anulowania innych ludzi, szczególnie osób publicznych. Tak jest, drogie koleżanki i koledzy – tym razem odpowiemy sobie na jedno z modniejszych ostatnio pytań – co chce tak naprawdę anulować „Cancel Culture”? (oczywiście po przerwie, bo najpierw musimy się jeszcze postarać by ten newsletter wyglądał jeszcze trochę jak newsletter – czyli dodać newsy).


 
 

 
 

#1 Kongres badawczy znowu za rogiem

 
 

Słuchajcie, Wy wiecie, że idzie Kongres, ja wiem, że idzie Kongres. Pisaliśmy też miesiąc temu, że idzie Kongres. Nie będę Was więc znowu zamęczał tą samą dawką informacji (mimo, że takie info było w notce z newsami), za to w ramach rekompensaty napisałem mały wierszyk (nie twierdzę, że dobry).

Jesienne liście mkną przez wiatr
Ubierz kurtkę, bo zmarzniesz do kości
Mądrych ludzi na scenę zaprosić czas
Niechaj rozpoczną „oswajanie niepewności”

więcej informacji
 
 

 
 

#2 Fridays with Ania Karczmarczuk

 
 

karczmarczukNasza nowa pani Prezes Ania Kaczmarczuk rozpoczęła bardzo zacną i okrutnie wręcz potrzebną tradycje piątkowych sesji słuchania ludzi. Wygląda to mniej więcej tak: kiedy coś Wam się nie podoba w naszym Towarzystwie, to zamiast pisać złośliwe komcie na fejsie, ubieracie spodnie i idziecie powiedzieć to Ani w twarz. Można oczywiście też zgłaszać fajne pomysły, ciekawe inicjatywy czy nowe kierunki rozwoju dla PTBRiO. Innymi słowy taka mała sesja burzy mózgów dostępna w każdy piątek, między 10-12 na Szarotki. Serdecznie więc zapraszamy zarówno wizjonerów jak i hejterów na małą czarną i kawałek ciastka. Ani życzę natomiast z całego serca dużo cierpliwości i wytrwałości w pomyśle, bo jest to naprawdę bardzo fajna i porządna inicjatywa.

 
 

 
 

#3 Nowi

 
 

Nasze szeregi zasilili nowi rekruci, którzy od dziś będą z nami ramię w ramię walczyć o porządną wiedzę i ugruntowane w danych wnioski dla nas i przyszłych pokoleń. Powitajmy więc:

Avatar

Izabelę Jakubowską
z Capgemini

Avatar

Kamilę Stępowską
z J.S. Hamilton Poland

Avatar

Bartłomieja Brzoskowskiego
z Kamikaze

 

#4 Jak budować markę własną na LinkedIn – szkolenie dla członków PTBRiO

 
 

Brakuje Ci czasu/motywacji/ know-how, aby pokazać światu Twoje zawodowe (i nie tylko) dokonania? Myślisz, że LinkedIn nie jest dla Ciebie? Robert Zydel i Kamil Sokołowski spieszą z odsieczą i już 4 listopada o godz. 18 zapraszają Cię na bezpłatne szkolenie Podstawy budowania marki osobistej na LinkedIn.

Tylko dla członków PTBRiO. Liczba miejsc jest mocno ograniczana i decyduje kolejność zgłoszeń.

Szczegóły i rejestracja

 
 


Rozgośćcie się proszę, zdejmijcie buty, usiądźcie wygodnie i odetchnijcie z ulgą - to już koniec newsów, więc wracamy do tematu „cancelowania” ludzi i marek.

Po wpisaniu w Google „Cancel Culture” szybko dowiecie się, że jest to „praktyka wycofywania wsparcia (anulowania) dla osób publicznych i marek, po tym jak te zrobiły lub powiedziały coś, co powszechnie uważane jest za niewłaściwe lub obraźliwe”. Dość łatwo chyba dostrzec, że ta definicja ma poważne problemy z krytyką, szczególnie w kontekście założenia, że wszyscy mamy spójną wizję rzeczy „powszechnie uważanych za obraźliwe”. Nie będziemy się tu jednak pastwić nad słownikiem, ale jak zawsze postaramy skupić się na członkach tego specyficznego ruchu społecznego (tak, członkowie CC często sami siebie tak określają).

Cała rzecz skupia się wokół sprawiedliwości. Widzicie, u podstaw „Cancel Culture” leży przekonanie, że to fani powinni decydować o tym, czy dana osoba publiczna powinna dalej pozostać osobą publiczną po dokonaniu jakiegoś przewinienia. Poprzez „przewinienie” mam tu na myśli bardzo bogate spektrum „złoczyństwa” - od bardzo poważnych i karalnych zbrodni, jakich dokonał Harvey Weinstein, aż do obciachowego zachowania Filipa Chajzera w telewizji śniadaniowej. Grunt to poczucie niesprawiedliwości, związane z empatią wobec ofiary danego oprawcy. Jeśli ktoś zachował się nie ok i nie jest w stanie dostrzec swojej winy, to powinniśmy go „anulować”, przestać go obserwować i odebrać mu jedyną prawdziwą władzę, jaką ma w dzisiejszych czasach – zasięg. Dla wielu to jednak za mało, ważna jest też aktywna krucjata przeciwko nowo odnalezionemu wrogowi, która pomoże innym dostrzec jego przewinienia i doszczętnie pozbawi go cennych wyświetleń czy odsłon. Właśnie przez takich nadgorliwców reputacja CC cierpi najmocniej, bo nie tylko media tradycyjne ale i sami internauci widzą w tym zjawisku zdecydowanie za dużo niekontrolowanego gniewu i pochopnych osądów.

I nie zrozumcie mnie proszę źle – rozumiem, że mieliśmy już do czynienia z publicznym wykreślaniem osób publicznych za ich niegodziwość. Od muzycznej detronizacji księcia popu, aż po krwawe detronizacje prawdziwych monarchów z całego przekroju naszej historii – sprawiedliwość społeczną (a raczej sprawiedliwość tłumu) mamy wpisaną w geny mocniej niż pies potrzebę biegania za rzuconymi patykami. Chcemy, aby świat, w którym żyjemy, można było nazwać sprawiedliwym, a im więcej niesprawiedliwości w naszym otoczeniu widzimy, tym mamy większą wewnętrzną potrzebę odwetu, potrzebę wzięcia sprawy w swoje ręce i pokazania, że dalej potrafimy odróżnić dobro od zła.

I to oczywiście bardzo dobrze, że mamy takie ciągotki do bycia „Anną Marią Wesołowską” świata; dzięki temu jakoś to wszystko do tej pory działało i mogliśmy żyć w ciepłym przekonaniu, że tam gdzie dzieje się niegodziwość, wcześniej czy później znajdzie się też rozwścieczony tłum z pochodniami i szerokim asortymentem ostrych narzędzi rolniczych. Jednak w przypadku omawianego zjawiska „kultury anulowania”, całą rzecz tradycyjnie już zakrzywia soczewka jego kanału aktywności – czyli Internet.

Jeśli zamkniecie ze sobą 10 osób w jednym pokoju, to statystycznie rzecz biorąc okaże się, że będąc częścią grupy, większość z nich będzie bardzo zgodna i skłonna do ustępstw w wielu sprawach. Takie już z nas fajne ziomki, że potrafimy się ze sobą dogadać. Pomogło nam to w takim samym stopniu polować na mamuty, jak i wyruszyć na Księżyc. Jednak jeśli innej osoby nie ma fizycznie obok nas, sprawy mają się zgoła inaczej. Lubimy być podzieleni online, lubimy mieć poczucie, że stoimy w opozycji do czegoś, bo to uczucie daje nam „tę drugą stronę”, na którą możemy projektować dowoli całe zło tego świata. Ostatecznie to tylko słowa na ekranie, jednak coraz więcej słyszymy o hejcie i cyfrowych linczach, które potrafią być równie niebezpieczne, jak przechadzka po krakowskiej Nowej Hucie z koszulką „Legia mistrzem Polski”.

Do tego dochodzi jeszcze nieprzyjemne zakrzywienie czasu, jakie funkcjonuje w cyberprzestrzeni. „Ty” w świecie online nie występuje jedynie „tu i teraz”, tak jak nas do tego przygotowała mama natura – to cała historia tego, co powiedzieliśmy, co zrobiliśmy i za jakimi wartościami byliśmy, od ostatnich (+/-) 15 lat. Niech pierwszy rzuci dislajkiem ten, kto na Facebooku nie udostępnił kiedyś czegoś głupiego, wyraził opinię, której już dawno żałuje albo popisał się poczuciem humoru, które z czasem sam uznał za obraźliwe. Zostaliśmy zaprogramowani, by uczyć się na własnych błędach, jednak nie jesteśmy w stanie brać pełnej odpowiedzialności za całą naszą zakatalogowaną przeszłość (a to właśnie bardzo często jest celem szukających sprawiedliwości internetowych bojowników) – inaczej nikt z nas nie wychodziłby z domu nawet bez pandemii.

Dziś można zostać anulowanym za naprawdę bardzo, bardzo dużo rzeczy. Obok prawdziwych niegodziwców i szarlatanów mamy też sporo „anulantów”, którym za popełnione przewinienie dostało się nieproporcjonalnie mocno. Mieliśmy też ostatnimi czasy coraz więcej przypadków planowanych anulowań, jak choćby zeszłoroczna „imba” z gwiazdą kosmetycznej strony YouTuba, Jamesem Charlesem, który został oskarżony o napastowanie seksualne przez inną popularną celebrytkę tylko dlatego, że reklamował konkurencyjną markę kosmetyków. Dostało się też wielu markom, TikTokowi za bycie chińską aplikacją (a raczej aplikacją, która de facto należy do chińskiego rządu), jak i marce „Uncle Ben’s”, która pod presją protestów w Stanach zmieniła ostatnio nazwę na „Ben’s Original” z powodu rasistowskich konotacji oryginalnej nazwy. Zresztą chyba każde z Was jest w stanie przypomnieć sobie jakiś case podobnych zabiegów profilaktycznych lub linczy na markach z ostatnich lat. I oczywiście część z tych zmian wyjdzie nam zapewne na dobre, ale decydowanie o tym co jest, a co nie jest poprawne politycznie staje się przez Cancel Culture równie ciężkie, jak balansowanie na linie zawieszonej między dwoma wieżowcami, z dwoma kubłami rozwścieczonych fretek, trzymanych na krawędziach kijka do równowagi. Innymi słowy – to naprawdę ciężka sprawa.

I tak wracamy do tematu stresu, który stał się oficjalną maskotką 2020 roku. Pod wpływem tego uczucia, nie jesteśmy swoimi najlepszymi wersjami. Potrafimy częściej poddawać się emocjom i bywamy zdecydowanie za bardzo roszczeniowi, kiedy patrzymy na świat jedynie przez pryzmat naszych baniek informacyjnych. Czy nam się to podoba, czy nie, Cancel Culture i jej następstwa najpewniej zostaną z nami jeszcze przez jakiś czas, bo raczej trudno jest wyobrazić sobie, że świat z dnia na dzień wróci do swojej „normalnej” wersji, a zamknięci w domach ludzie zdadzą sobie w końcu sprawę, że denerwowanie się na celebrytów na Faceboku to dokładnie to samo co krzyczenie do telewizora za każdym razem kiedy w telenoweli pojawia się czarny charakter.

Prawda jest jednak taka, że stres ma też swoje pozytywne strony: dzięki niemu możemy lepiej orientować się, co jest dla nas ważne i wymaga uwagi, a co możemy sobie odpuścić, bo generuje tylko niepotrzebne problemy dla naszej wewnętrznej równowagi. I kto wie, może taką samą rolę pełni sama Cancel Culture? W końcu mimo całej toksyczności i braku kontroli, chęć zmiany naszej rzeczywistości na lepszą, to uczucie szlachetne i jak najbardziej potrzebne w dzisiejszych czasach. Cały problem polega jednak na tym, że CC pokazuje nam dobitnie, że jesteśmy dopiero na początku takiej drogi. I żeby zdecydować się w ogóle, o jakie „ważne rzeczy” będziemy toczyć internetowe boje w przyszłości, zarówno marki, jak i ich społeczni krytycy będą musieli poświęcić dużo czasu i wysiłku, by z gąszcza emocji i stresu wyłonić jakąś namiastkę sprawiedliwości i równouprawnienia. Ale hej, masowa świadomość roju, jaką jest Internet, to jeszcze młoda istota społeczna i trzeba czasem patrzeć na nią jak na nastolatka, który właśnie próbuje sobie rozpracować, na czym polega bycie dorosłym i odpowiedzialnym członkiem społeczeństwa. Miejmy wiec nadzieję, że Cancel Culture „to tylko faza” i ostatecznie wyciągniemy z niej więcej wiedzy, niż krzywdy.

 

 





Krzysztof Domeradzki
PTBRiO

autor1